Zielona żywność jest nie tylko pożywieniem, zielona żywność jest sprzymierzeńcem w drodze do zdrowia i elementem pewnego stylu życia. Wspaniałym doświadczeniem jest dla mnie dzielenie się wiedzą na temat soku z młodego jęczmienia oraz chlorelli. A najlepszym prezentem, jaki mogłabym dostać, są historie naszych klientów, którzy dzięki zielonej żywności odmienili swoje życie. Właśnie taki prezent dostałam od Dorotki. Chciałabym się nim z tobą podzielić. Rozmawiałam z Dorotką o tym, jak zaczęła się jej przygoda z zieloną żywnością i jakie ma doświadczenia.
Gosia: Jak to się zaczęło? Co sprawiło, że zdecydowałaś się na zieloną żywność?
Dorota: Cóż, dosyć długo przekonywałaś mnie do spożywania zielonej żywności. Zaczęłam dużo czytać na ten temat. Wiedziałam, że jest zdrowa, że posiada dużo właściwości leczniczych. Ale do końca nie byłam przekonana. Poza tym gdy pierwszy raz spróbowałam soku z młodego jęczmienia, zupełnie mi nie smakował. Zmieniłam zdanie, dopiero gdy nie mogłam uporać się z chorym kolanem. Moja noga była bardzo spuchnięta, a ja nie wiedziałam, co może być tego przyczyną. Chodziłam do lekarzy, robiłam badania, dostałam lekarstwa i nic. Obkładałam nogę kapustą, licząc na to, że sok z kapusty ściągnie opuchliznę, ale wszystko na marne.
Gosia: Pamiętam, że to było dla ciebie bardzo dotkliwe, tym bardziej że jesteś osobą bardzo aktywną i ciężko ci usiedzieć na miejscu.
Dorota: No i wówczas, gdy byłam naprawdę zdesperowana, powiedziałaś mi, że zielona żywność bardzo pomaga na stawy. Postanowiłam spróbować i pamiętam, że jednocześnie piłam zielone szejki i brałam lekarstwa, ale pomyślałam sobie: „Nie, jak ten jęczmień faktycznie jest taki wspaniały, to postawię na zieloną żywność”. Odstawiłam leki. Akurat była jesień. Wizytę u lekarza miałam zaplanowaną na styczeń. Tak się zaczęło. Od tego czasu piłam już regularnie sok z młodego jęczmienia w niewielkiej dawce (jedną kopiastą łyżeczkę wysuszonego soku z jęczmienia). Minęły trzy miesiące i udałam się lekarza. Był w szoku. Efekty zaskoczyły zarówno jego, jak i mnie. Opuchlizna zeszła, mogłam już chodzić. Wówczas jeszcze się lekarzowi nie przyznałam do tego, że leki zastąpiłam zieloną żywnością. Lekarz stwierdził, że jeszcze mu się ta noga nie podobała, więc przedłużył mi farmakoterapię o trzy miesiące. Polecił mi, bym ewentualnie kupiła sobie jeszcze taki zastrzyk z kortyzolu (blokadę stawu). Po kolejnych trzech miesiącach poszłam na wizytę kontrolną. Lekarz zbadał mnie i był zdumiony, stwierdził, że to cud. Zapytał, co stosowałam i ja – tym razem zgodnie z prawdą – odpowiedziałam, że taką starą, naturalną metodę, po prostu piłam codziennie sok z młodego jęczmienia.
Gosia: No i to jest właśnie piękna historia. Czasami najprostsze rzeczy są najlepsze. O ile dobrze sobie przypominam, to nie była jedyna dolegliwość, która ci doskwierała. Pamiętam, że bardzo cierpiałaś z powodu migreny. Męczyłaś się z bólem głowy wręcz tak mocnym, że doprowadzał cię do wymiotów. Jak to wygląda teraz? Opowiedz, proszę.
Dorota: No tak się jakoś dziwnie złożyło, że tak się skupiłam na tej nodze, że nie myślałam o innych zmianach, które zachodziły w moim organizmie. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, że praktycznie od pół roku nie miałam migreny. Nawet przy zmianach pogody odczuwałam tylko lekki ból głowy. Tymczasem pracuję w szkole, co wiąże się z ciągłym stresem, pod którego wpływem wcześniej bardzo nasilały się bóle migrenowe i to do tego stopnia, że przez co najmniej trzy godziny nie byłam w stanie funkcjonować, wymiotowałam i byłam drażliwa. Teraz jak ręką odjął. Od dwóch lat piję sok z młodego jęczmienia i nie mam takich bardzo silnych bóli. Owszem, boli mnie głowa, ale zdecydowanie słabiej i rzadziej, może raz albo dwa razy w roku, a nie co miesiąc lub nawet kilka razy w miesiącu.
Gosia: No tak, to były początki romansu z jęczmieniem, ale później wierciłam ci dziurę w brzuchu pytaniami o chlorellę.
Dorota: Tak, dobrze pamiętam, jak pytałaś mnie: „A gdzie ta chlorelka?”. No i rok temu zaczęłam jeść chlorellę. Zaczęłam od małych porcji, natomiast dzisiaj zjadam średnio trzydzieści drażetek. No i wystarcza mi to, bo nic mi nie dolega. Wyjątkowo, gdy wypiję sobie drinka lub winko albo jak mnie boli brzuch, zjem coś ciężkiego, cierpię na niestrawność, to wtedy sięgam po większą dawkę chlorelli.
Gosia: Czyli właśnie taki medykament, a w zasadzie nie medykament, tylko jedzenie, które generalnie wszystko reguluje. Może to brzmi abstrakcyjnie, ale taka jest prawda. Wiele osób pyta nas, czy można stosować zieloną żywność w przypadku takiej, a nie innej choroby, czy można ją spożywać w każdym wieku, czy podczas ciąży, czy można ją dawać małym dzieciom. Przez to, że to jest pożywienie, a nie lek, a do tego pożywienie bardzo czyste, kompleksowe, to o ile nie ma żadnych przeciwskazań lekarskich do jedzenia warzyw czy owoców, możemy zjadać właśnie chlorellę i pić sok z młodego jęczmienia. Tylko wielką zaletą zielonej żywności jest to, że jest nieprawdopodobnie skoncentrowana i dlatego jest to żywność funkcjonalna, która działa, która reguluje wszystkie procesy w naszym organizmie. Komórki się odnawiają, przez co udaje się wyleczyć różne zaburzenia, np. w wydzielaniu hormonów, w wydzielaniu enzymów. Regenerują się powoli różne organy w ciele, zaczynają ze sobą lepiej współpracować. Po prostu czujemy się lepiej. Pamiętam, że wspominałaś też, że nie musisz pić tyle kawy, co kiedyś, by mieć energię.
Dorota: Tak, właśnie chciałam o tym powiedzieć. Dopiero gdy ból nogi mi przeszedł i migreny odpuściły, mogłam się skupić na tym, co mówi moje ciało. I właśnie zauważyłam, że mam więcej siły. W szkole wszyscy się dziwili: „Dorka, ile ty masz energii!”. Faktycznie, sama łapię się na tym, że od rana jestem na pełnych obrotach, z chęcią wstaję, nie mam problemu z wczesnymi pobudkami, od rana mam dużo energii, a przede wszystkim nie potrzebuję tyle kawy, co niegdyś. Uwielbiam smak kawy, oczywiście ją piję, ale to nie jest priorytet. Kiedyś wstawałam i na dzień dobry musiałam mieć kawę. Teraz wstaję rano i piję… jęczmień. Dopiero później, zdecydowanie później, w pracy z koleżankami wypijam kawkę, tak dla towarzystwa, a nie dlatego, że potrzebuję zastrzyku kofeiny. Szczególnie w okresie wakacyjnym, gdy jest luz, mam mniej stresu, piję kawkę dla przyjemności, ale za dwie godziny wracam do soku z młodego jęczmienia, bo już tęsknię za jego smakiem, polubiłam go i picie zielonego szejka weszło mi w nawyk.
Gosia: Mam jeszcze jedno pytanie. Myślę, że dla wielu z nas wprowadzenie nowych rytuałów, zmian na dobre w kręgu rodzinnym jest trudne, bo trudno być prorokiem we własnym kraju. Powiedz, proszę, jak rodzina (mąż i syn) zareagowali. Czy się zaadoptowali do jedzenia zielonek?
Dorota: To jest rzeczywiście trudny temat. Mąż jest chory, jest po wylewie, ma problemy z układem krążenia i je zieloną żywność systematycznie. Gdy przypominam mu o piciu soku z młodego jęczmienia, to po niego sięga, ale gdy go nie pilnuję, bo przecież nie będę go pilnować cały czas, to je, ale nie tak systematycznie, a szkoda. Natomiast syn ma problemy z cerą, jest alergikiem i był czas, że zasmakował w jęczmieniu i go chętnie pił, ale teraz nie bardzo. Chętnie jednak sięga po tabletki chlorelli. Zresztą efekty widać gołym okiem.
Gosia: Potwierdzam, to widać, twój syn ma lepszą cerę.
Dorota: Tak, ale jest ciężko namówić go do regularnego stosowania zielonej żywności.
Gosia: Ale tak czy siak jest lepiej, bo na początku w ogóle nie chcieli jeść zielonej żywności. Po troszku, po troszku, z czasem uda się też przekonać domowników. Najważniejsze, by ktoś sam był przekonany, że warto to robić regularnie, ponieważ to jest taka siła małych nawyków. Tak jak do choroby czasami dochodzimy latami, hołdując niekoniecznie zdrowym zachciankom, tak i czasami z choroby wychodzimy latami. Mamy takie doświadczenia, że w kilka miesięcy, w pół roku dzięki zielonej żywności udało się wyregulować pewne procesy, zażegnać pewne dolegliwości, ale to trwa zwykle kilka lat.
Mam nadzieję, że historia Doroty będzie dla ciebie inspiracją. Jeśli w Twojej głowie pojawiły się nowe pytania, zapraszam do kontaktu ze SmakSztuki.
